Przejdź do treści

Biografia Sługi Bożego o. Jacka Woronieckiego

S. Gabriela Wistuba OP

Pochodzenie i pierwsze lata życia

Dominikanin – o. Jacek Woroniecki – uczony, autor poczytnych do dziś książek, przyszedł na świat jako drugie dziecko księcia Mieczysława Woronieckiego i Marii z hrabiowskiej rodziny Drohojowskich. Na chrzcie otrzymał imiona: Adam Marian Pius Leon Tomasz. Nadawanie wielu imion było wtedy w zwyczaju w rodzinach ziemiańskich. Dlaczego rodzice wybrali dla swego pierwszego syna właśnie takie imiona? Adam – to imię symbolicznie odwoływałoby do praojca rodu ludzkiego, ale zostało wybrane raczej dla upamiętnienia dziadka, który nie doczekał się narodzin wnuka. Marian – zapewne ku czci i dla zapewnienia opieki Najświętszej Maryi Panny. Kolejne dwa imiona są imionami papieży związanymi ze współczesną datą. W roku narodzenia dziecka – 1878 – zmarł bł. Pius IX, a na Stolicy Piotrowej zasiadł Leon XIII. Wreszcie: Tomasz – jak się wydaje dla uczczenia św. Tomasza z Akwinu, którego nauczanie polecał nowy papież. Dobór imion daje wyobrażenie o wartościach ważnych dla rodziców dziecka, jakimi chcieli się kierować w jego wychowaniu i jakie kształtowały ich dom i środowisko.

Pochodzenie ziemiańskie gwarantowało w tamtych czasach rozwój dzieci w dwóch fundamentalnych kierunkach: dawało wychowanie – świadome przygotowanie do służebnej roli przewodniczenia społeczeństwu oraz zapewniało wykształcenie potrzebne do wypełnienia przewidywanych zadań.[1] Tak też było w przypadku Woronieckich. Adam wychował się w licznej rodzinie. Miał cztery siostry i trzech braci. Matka, chociaż arystokratka, osobiście zajmowała się swoją gromadką, oczywiście z pomocą służby. Po latach żartobliwie mówiła o swojej roli matki ośmiorga dzieci: „Ja już dość zdziałałam dla Ojczyzny”. Ojciec z kolei był postrzegany jako opiekun okolicznej ludności. We wspomnieniach zachowały się przekazy, że nieraz wieczorami przed domem gromadzili się wieśniacy z prośbą o posłuchanie i zaradzenie potrzebom. Dzieci w takim domu kształtowały swoje charaktery. Cała atmosfera tchnęła patriotyzmem i przywiązaniem do wiary katolickiej. Ponieważ kościół katolicki w Kaniem został zamieniony na cerkiew prawosławną, książę Mieczysław zapraszał do swego domu kapłanów katolickich, by w niedziele rankiem, w tajemnicy, odprawiali Mszę świętą, w której uczestniczyli domownicy oraz okoliczna ludność. Tę konieczność konspiracji zapamiętał mały wrażliwy Aduś.

Na co dzień dzieci zajmowały się nauką. W domu zatrudnione były guwernantki, które uczyły podstawowych przedmiotów szkolnych oraz języków obcych. Jednej z nich, miss Marii Dziewickiej, Angielce, zawdzięczamy opis funkcjonowania domowej kaplicy. Adam z domu rodzinnego wyniósł zdobytą w latach dziecięcych biegłą znajomość siedmiu języków obcych.

Od najmłodszych lat dzieci Woronieckich były wdrażane do różnych zadań. Starsze rodzeństwo miało obowiązek uczyć rówieśników z rodzin chłopskich czytać i pisać po polsku, a także zaznajamiać z literaturą i historią ojczystą. Oczywiście trzeba było to czynić w tajemnicy, gdyż taka działalność była zabroniona w carskiej Rosji. W ten sposób jednocześnie w dorastających arystokratach wzrastało przekonanie, że pozycja społeczna, jaką daje im pochodzenie, zobowiązuje do służby społeczeństwu. Poza tym w tej rodzinie dawano dzieciom wiele swobody; otrzymały „na własność” wyspę na stawie, gdzie mogły uprawiać rośliny według własnego pomysłu. Potem przyrządzały z nich proste potrawy. Dorośli mieli wstęp na wyspę jedynie za zaproszeniem „gospodarzy”, którzy od czasu do czasu urządzali tam dla starszych ucztę z warzyw.

Małego Adama charakteryzowały: posłuszeństwo, pobożność, pilność, pracowitość, pomysłowość, pogoda usposobienia. Rodzeństwo zgodnie wspomina, że Aduś nigdy nie był karany za nieposłuszeństwo (co zdarzało się pozostałym dzieciom). Był też najbardziej spośród rodzeństwa religijny. Nie trzeba było go zaganiać do modlitwy. Jego skupienie na sprawach Bożych, znajomość katechizmu i autentyczność postawy wiary musiała być widoczna dla otoczenia, gdyż wspomniana wyżej guwernantka wyznania kwakierskiego pod jego wpływem, jak sama zaświadczyła, przyjęła wiarę katolicką. Być może kiełkowało w nim już ziarno powołania dominikańskiego… W pamięci domowników zapisały się też inne wydarzenia, które w jakiś sposób zapowiadały przyszłą rolę najstarszego syna Woronieckich. Matka Adama zapamiętała „pierwsze kazanie”, jakie usłyszała z jego ust. Gdy Aduś miał 7 lat, mama – p. Mura – ufarbowała sobie włosy. Wtedy synek powiedział: „Mama to właściwie kłamie, bo udaje, że ma takie włosy, a takich nie ma”.

Adam zwykle przewodził zabawom rodzeństwa. Miał mnóstwo pomysłów i talent organizacyjny. Proponował np. podróż do Ameryki. W tym celu odwracano do góry nogami stół w salonie, sznurkami przywiązywano „żagle” i odbywano rejs z ogromnym hałasem. Dziewczynki, siostry Adasia, nie przepadały za takimi pomysłami. Wszyscy natomiast chętnie tańczyli przy dźwiękach fortepianu, na którym przygrywali na zmianę rodzice. Według późniejszych świadectw Adam, już młodzieniec, biorąc udział w balach, jakie były organizowane w ziemiańskich domach, zauważył kiedyś, że jedna z dziewcząt nie tańczy, gdyż niedowidzi. Poprosił ją zatem i przetańczył z nią wieczór. Była to Róża Czacka, niedawno beatyfikowana.

Lata młodzieńcze i edukacja szkolna

Po latach nauki domowej przyszedł czas na dalsze kształcenie. Dla Adama i Jana, jego młodszego brata, wybrano IV Gimnazjum w Warszawie, z rosyjskim językiem wykładowym. W związku z tym okazała się konieczność korepetycji z tego języka, by chłopcy mogli z powodzeniem zdać egzamin wstępny. Uwidacznia się tu znamienny szczegół: Adam, który w tym czasie znał już kilka języków obcych, miał kłopot z opanowaniem rosyjskiego. A przecież był to w pewnym sensie język urzędowy. W każdym razie chłopcy egzamin zdali i od 1891 rozpoczęli naukę w gimnazjum. Ojciec razem z synami zamieszkał w wynajętym mieszkaniu w Warszawie. Wkrótce mieszkanie to stało się miejscem spotkań szkolnych kolegów Adama, którzy gromadzili się na tzw. kwestiach. W formie dyskusji zgłębiali wybrane zagadnienia życia społecznego, narodowego, czy gospodarczego. Oczywiście działalność taka była zakazana, podobnie jak posługiwanie się językiem polskim na terenie szkoły. Jednak ze względu na stanowisko ojca wybranego na radcę dyrektora Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego Guberni Warszawskiej i Guberni Lubelskiej służby carskie nie ośmieliły się kontrolować jego mieszkania. W tym gronie zawiązały się przyjaźnie, które przetrwały próbę czasu, chociaż łączyły osoby różniące się poglądami i pochodzeniem.

Adam nie afiszował się swą religijnością. Zauważono jednak, że wędrując do szkoły codziennie wstępował na chwilę modlitwy do kościoła św. Aleksandra. Klęczał tam jakiś czas, wyprostowany, z tornistrem na plecach, zawsze bardzo skupiony.

Po zdaniu matury w 1898 r. Adam odbył roczną służbę wojskową w pułku huzarów grodzieńskich, stacjonującym w Warszawie. Była to wyborowa jednostka armii carskiej, co otwierało drogę do awansów. Nie znamy motywów podjęcia tej służby. W czasach zaborów synowie polskich rodzin często wybierali zawód wojskowych, zdobywając w armiach zaborców wykształcenie militarne i doświadczenie praktyczne, co podtrzymywało nadzieję, że kiedyś te umiejętności będą niezbędne w walce o własną niepodległość. Młody książę Woroniecki jednak nie pozostał w wojsku. Po roku wyjechał do Fryburga w Szwajcarii, gdzie od jesieni 1899 widnieje w spisach studentów wydziału nauk ścisłych.

Uniwersytet w katolickim kantonie szwajcarskim istniał od niedawna. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem jego prowadzenie zostało powierzone jednemu z zakonów – dominikanom. Uczelnia wkrótce zasłynęła z wysokiego poziomu naukowego. Adam już w 1901 r. zdał pomyślnie egzaminy licencjackie z geologii, chemii i fizyki i postanowił kontynuować studia na wydziale teologicznym. Wtedy miał okazję bliżej poznać charyzmat św. Dominika, który zaczął na niego wywierać coraz głębszy wpływ. Dni wolne od nauki wykorzystywał nasz student, by odbyć dni skupienia w górskim klasztorze kartuzów, albo pielgrzymować do miejsc związanych z czczonym w Szwajcarii św. Mikołajem z Flüe.

We Fryburgu studiowała dość liczna grupa Polaków. Studenci, obserwując bardzo trudne warunki życia rodaków, którzy wyemigrowali do Szwajcarii „za chlebem” zawiązali organizację (początkowo o nazwie „Jagiellonia”, zmienionej później na „Polonia”), której celem było udzielanie pomocy polskim robotnikom. Adam Woroniecki zaangażował się w tej działalności. Brał udział w konferencjach i zjazdach, wygłaszał odczyty, proponując w nich konkretne i dostępne dla robotników sposoby uchronienia się od popadnięcia w nędzę. Z tego czasu pochodzą jego pierwsze artykuły o tematyce społecznej.

Powołanie i wybór drogi kapłańskiej

W czerwcu 1905 r. Adam uzyskał licencjat z teologii. Wrócił do kraju z decyzją podjętą w sercu, by życie poświęcić Bogu. Ze wspomnień rodzeństwa wiemy, że ojciec sprzeciwiał się powołaniu zakonnemu syna, gdyż w swym głębokim patriotyzmie mniemał, że uniemożliwiłoby mu to zaangażowanie w sprawę odzyskania niepodległości i służbę Ojczyźnie. Adam zatem wstąpił do seminarium duchownego diecezji lubelskiej. Przebywał w nim niedługo, zaledwie 100 dni. Gdy stało się jawne, że jego wykształcenie teologiczne przewyższa wszytko, co może mu zaoferować lubelskie seminarium, znajdujące się pod kontrolą władz carskich, mocno ograniczających możliwości naukowe i formacyjne Kościoła Katolickiego, podjęto decyzję o przyspieszeniu święceń alumna Woronieckiego. Już w styczniu 1906 r. przyjął święcenia niższe oraz diakonat. Święcenia prezbiteratu odbyły się 10 marca tegoż roku.

Znaczące są intencje pierwszych Mszy św. odprawionych przez ks. Adama. Znamy je z jego własnych zapisków – począwszy od prymicji w dniu 13 marca 1906 r. do końca życia prowadził kalendarze-notatniki przyjętych i odprawionych intencji mszalnych. Na marginesach często zapisywał miejsce, gdzie odprawiał. Stąd wiemy, że Msza św. prymicyjna miała miejsce na warszawskim Solcu, w kościele Trójcy Świętej, czyli w parafii ostatniego przed studiami miejsca zamieszkania. W kolejnych dniach modlił się za rodziców i rodzeństwo oraz – za mariawitów (już wtedy jawne było ich odstępstwo od wiary katolickiej). 20 marca odprawił prymicje w parafii, do której należał majątek Kanie – w Pawłowie. Następnie ks. Adam odbył podróż do Wilna, gdzie w Ostrej Bramie prosił za Polskę, a u grobu św. Kazimierza za młodzież polską. W pierwszą po święceniach Wielkanoc, 15 kwietnia 1906 r. zapisana intencja brzmiała „za cierpiących prześladowania”. W kolejnych latach – do końca kapłańskiego życia – w Wielkanoc była ona już formułowana jednoznacznie: „za Rosję”, albo „o nawrócenie Rosji”. Te intencje wiele mówią o duchowej drodze młodego kapłana, który Bogu oddawał serdeczne więzy rodzinne i Jemu powierzał najgłębsze ideały i pragnienia. Zwłaszcza modlitwa za Rosję, sprawowana wytrwale w największe święto Zmartwychwstania, odsłania przemianę doświadczenia krzywdy ze strony uciskającego mocarstwa – w troskę o prawdziwe dobro krzywdzicieli.

Biskup lubelski Franciszek Jaczewski mianował ks. Woronieckiego wkrótce po święceniach wikariuszem w katedrze, prefektem renomowanego gimnazjum, tzw. Szkoły Lubelskiej, wykładowcą Pisma Świętego i katechetyki w seminarium duchownym oraz swoim kapelanem. Powierzenie tylu ważnych funkcji neoprezbiterowi świadczy o wielkim zaufaniu biskupa do ks. Adama. Umiłowanie Kościoła i szukanie sposobów ożywienia duszpasterstwa w utrudnionych warunkach ograniczeń polityki carskiej zapewne zbliżyło ich bardzo. Z 1907 r. pochodzą listy ks. Adama do prowincjała dominikanów, znajdujących się na terenie zaboru austriackiego, z prośbą w imieniu biskupa o przysłanie zakonników do Lublina, gdzie mogliby uzyskać pozwolenie władzy carskiej na kilkumiesięczny pobyt, po czym wymienić skład, aby przedłużyć czas posługiwania w tym mieście.

Działalność ks. Woronieckiego w diecezji nie trwała jednak długo. Po roku ordynariusz posłał go na dalsze studia zagranicę. W ten sposób ks. Adam znalazł się ponownie w ukochanym Fryburgu. Tym razem zamieszkał w konwikcie Albertinum, który dla studiujących kapłanów prowadzili dominikanie. Z pasją zapoznawał się ze spuścizną św. Tomasza z Akwinu, którego studiowanie zalecił papież Leon XIII. Ks. Adam założył już w listopadzie 1907 r. koło naukowe, w ramach którego studenci referowali zagadnienia rozpracowane przez Doktora Anielskiego. Próbowali dowieść, że św. Tomasz jest księciem wśród teologów. Zainteresowania Woronieckiego najmocniej koncentrowały się na wymiarze społecznym życia ludzkiego. Badając rozpracowane przez św. Tomasza tezy dotyczące podstawowych elementów wiążących ludzkie społeczności, nie tylko przedstawił je jako temat pracy doktorskiej, ale stały się one później trwałym tematem jego przepowiadania.

W tym szczęśliwym czasie ks. Woroniecki zawarł największe przyjaźnie swojego życia: z o. Reginadem Garrigou-Lagrange OP, z ks. Władysławem Korniłowiczem (którego znał jeszcze z czasów gimnazjalnych), z o. Thomasem Dehau. Więzi te budowały się nie tylko wymianą myśli; nieraz polegały po prostu na wspólnym odmówieniu różańca.

Intensywna nauka nie zagłuszyła w duszy ks. Adama odzywającego się coraz mocniej wezwania do innej formy życia dla Boga. W okresie Bożego Narodzenia w 1907 r. spotkał się w Rzymie z generałem Zakonu Kaznodziejskiego bł. o. Jackiem Cormier, z którym rozmawiał na temat powrotu dominikanów na ziemie polskie, skąd zakonnicy zostali usunięci przez władze zaborcze po powstaniu styczniowym. Tam oraz w innych miejscach, związanych ze świętymi Zakonu Kaznodziejskiego, ks. Woroniecki odprawiał Msze św. w intencji „o rozpoznanie własnego powołania zakonnego”. Gdy w styczniu 1908 r. zmarł jego ojciec, książę Mieczysław Woroniecki, Adam poinformował matkę, że wstąpi do dominikanów. Nie nastąpiło to jednak od razu. Trzeba było ukończyć studia, zdać egzaminy, obronić rozprawę doktorską, powrócić do diecezji i uzyskać pozwolenie biskupa. Wszystko to udało się wykonać w ciągu roku. Późną wiosną 1909 r. ks. Adam pisał listy do osób, którym chciał podziękować za wpływ, jaki wywarły na jego powołanie, z zawiadomieniem o swojej decyzji.

Zakon św. Dominika i próba powołania

We wrześniu 1909 r. ks. Woroniecki rozpoczął nowicjat w dominikańskim klasztorze da Fiesole niedaleko Florencji. Wraz z habitem otrzymał nowe imię – Jacek. Wybrał je dla niego generał zakonu o. Cormier OP, najprawdopodobniej dla podkreślenia konieczności kontynuacji misji św. Jacka, założyciela polskiej prowincji Zakonu i apostoła terenów wschodu. Radość nowicjusza nie trwała długo. Zapadł na zdrowiu. Dała znać o sobie choroba, której objawy pojawiły się już w czasie studiów doktoranckich. Wagotonia, choroba nerwu błędnego, towarzyszyła mu odtąd do końca życia. Powodowała ataki (silne zawroty głowy, torsje, zaburzenia snu i ciepłoty ciała, brak koncentracji), które uniemożliwiały normalne funkcjonowanie i wyłączały z życia nawet na kilka dni powodując osłabienie oraz wrażenie ustawicznego przemęczenia. Dodatkowo nowicjusz źle znosił zimno, panujące przez wiele miesięcy w starych murach nieogrzewanego klasztoru na północy Włoch. Pojawiły się początki gruźlicy. Taki stan zdrowia nie pozwalał mu na wypełnianie wymagań odbywanego etapu ścisłej formacji zakonnej. O. Jacek zaczął wątpić o swym rozeznaniu powołania. Szukał potwierdzenia woli Bożej w decyzjach przełożonych.

Generał Zakonu bł. o. Jacek Cormier wyraził wtedy przekonanie, że powołanie nowicjusza Woronieckiego „nie jest jedynie powołaniem indywidualnym, ale wyraża szersze wezwanie Boże”, co uprawnia do wyjątkowego traktowania. Jako najwyższy przełożony w zakonie podjął decyzję o utworzeniu nowicjatu w Rzymie, gdzie były lepsze warunki zdrowotne, i tam przeniósł Jacka Woronieckiego. Przyjął jego pierwszą profesję 14 września 1910 r. Następne miesiące pokazały niestety, że choroba uniemożliwia młodemu zakonnikowi wypełnianie poleconych zadań. W tej sytuacji generał Zakonu, niezmiennie przekonany o wyjątkowym powołaniu o. Jacka, uzyskał dyspensę papieską i przyspieszył profesję wieczystą o. Woronieckiego. Złożył on ją już 15 października 1911 r., na ręce delegowanego przez generała przeora klasztoru w Düsseldorfie. O. Jacek został posłany do ulubionego przez siebie Fryburga z zadaniem objęcia funkcji kierownika duchowego w konwikcie dla księży studiujących, w którym kilka lat temu sam mieszkał i gdzie czuł się szczęśliwy. Wkrótce okazało się jednak, że tamto poczucie minęło, a nadszedł czas, który stał się jednym z najcięższych doświadczeń życiowych. Ataki wagotonii następowały często i wyłączały zakonnika z aktywności. Powodowały trudności nie tylko fizyczne, ale także duchowe, a wreszcie załamanie psychiczne. Szczególnie boleśnie przeżywał o. Jacek niemożność sprawowania Mszy św., skoro nie był pewien, czy da radę ją dokończyć, a zwłaszcza – świadomie wypowiedzieć słowa konsekracji. Ślady tego stanu znajdujemy w zapiskach, listach oraz świadectwach otoczenia. Zakonnik w sile wieku boleśnie odczuwał własną bezużyteczność. Zmagał się z przyjęciem tego stanu jako wyrazu woli Bożej. Przeżywał okresy złego samopoczucia i depresji. W późniejszych latach takie stany powtarzały się, choć z mniejszym nasileniem lub raczej szybciej i łatwiej były opanowywane. W tym czasie z pomocą przyszli przyjaciele. Zachowały się listy o. Reginalda Garrigou- że grupa przyjaciół była przekonana o jakiejś szczególnej roli w rozszerzaniu Kościoła na wschodzie Europy. Lagrange, w których stara się znaleźć słowa pociechy i umocnienia. Zapewnia o. Jacka, że jego cierpienie jest „wpłatą na rzecz przyszłej misji”. Treść listów sugeruje, Pomimo przeżywanych trudności Sługa Boży znajdował zajęcia, które pomagały mu twórczo wykorzystywać czas. Interesował się dominikańskimi kandydatami na ołtarze, np. o. Fabianem Maliszowskim czy Ofką Raciborską, zbierał materiały, które mogły posłużyć do ich beatyfikacji. Opracowywał tematy historyczne. Angażował się w ruchu polskich środowisk w Europie zachodniej, którym przewodniczyli Ignacy Jan Paderewski i Henryk Sienkiewicz, na rzecz budowania przekonania o konieczności wskrzeszenia państwa polskiego.

Reformator polskich dominikanów

W tej, jakby się wydawało trochę beznadziejnej sytuacji, nastąpiła kolejna odważna (chciałoby się powiedzieć ryzykowna) decyzja generała. O. Jacek Cormier postanowił wysłać o. Woronieckiego do Krakowa, z zadaniem zreformowania klasztorów pozostałych na ziemiach polskich. Miał pozostawać pod bezpośrednią jurysdykcją generała i nie podlegać miejscowym przełożonym. O. Jacek przybył do Krakowa w lutym 1914 r. Można sobie wyobrazić, jak został przyjęty z taką misją w klasztorze, w którym nigdy nie był, współbrat z książęcym pochodzeniem, wykształcony i uformowany na Zachodzie. O. Jacek odczuł dystans i pewien chłód, pomimo okazywanego szacunku. Słabe zdrowie i „dziwne ataki” nie łagodziły atmosfery. Postanowił zaangażować się w duszpasterstwie wśród inteligencji miasta. Rozpoczął serię wykładów otwartych o charakterze chrześcijańskim, które gromadziły tłumy w wielkiej auli Uniwersytetu Jagiellońskiego. Opracował i wydał Przewodnik po literaturze religijnej dla osób pragnących pogłębić swe wykształcenie w dziedzinie wiary katolickiej.

Rozwijającą się z powodzeniem działalność duszpasterską przewał wybuch pierwszej wojny światowej. Kraków zajęli Niemcy. Woroniecki, jako poddany rosyjski, otrzymał nakaz opuszczenia miasta. Udał się do Kuźnic w Zakopanem, gdzie został przyjęty przez Jadwigę Zamoyską do prowadzonego przez nią ośrodka wychowawczego. Zamieszkał w pokoiku obok drugiego kapłana – ks. Władysława Korniłowicza. Los zgotował przyjaciołom kilkanaście wspólnych miesięcy. Razem modlili się, obmyślali sposoby działania na rzecz odzyskania niepodległości, studiowali, ale też – wędrowali po górach, podziwiając piękno stworzenia. Uczestniczyli w miejscowych wydarzeniach. Kiedyś udali się na pokaz umiejętności skautów zakopiańskich. Ojca Jacka zaskoczyła nieobecność wśród tłumu obserwatorów tych, których powinny interesować sprawy młodzieży: przedstawicieli świata polityki, nauki, sztuki, a zwłaszcza nauczycieli i katechetów. Krytyczną ocenę tej sytuacji opublikował w prasie (Ojcowie i dzieci. Myśli spod Giewontu), wysuwając wnioski o funkcjonowaniu społeczeństwa, którego cele przekraczają możliwości jednego pokolenia.

Po powrocie do Krakowa powierzono o. Jackowi wykłady z etyki w studium zakonnym. Klerycy dominikańscy wspominali je jako doskonale prowadzone, ściśle według Sumy św. Tomasza, co w ich edukacji było nowością. Zdrowie jednak nie pozwalało o. Woronieckiemu na systematyczną pracę według grafiku. Spotykał się z niezadowoleniem z powodu przekładania zajęć, a w kolejnym roku akademickim nie poproszono go o wykłady. Kontynuował więc wykłady otwarte na UJ, prowadził kierownictwo duchowe osób, które go o to prosiły, publikował artykuły o tematyce pedagogicznej, wskazywał dziedziny w społeczeństwie polskim najpilniej potrzebujące rozwoju, propagował ruch skautowy. W 1918 r. otrzymał propozycję biskupa Adama Sapiehy objęcia stanowiska rektora w diecezjalnym seminarium duchownym. Nie przyjął jej ze względu na brak pozwolenia generała o. Ludwika Theisslinga OP, który „rezerwował” o. Jacka do nowych zadań w zakonie. On jednak z przykrością stwierdzał, że prowincja nie jest gotowa do ich podjęcia, a nawet nie dostrzega pojawiających się wraz z wypadkami politycznymi nowych możliwości pracy zgodnie z charyzmatem św. Dominika.

Duszpasterstwo i praca naukowa na Uniwersytecie Lubelskim

Tymczasem po zakończeniu wojny i odzyskaniu niepodległości w Polsce rozpoczęło się organizowanie państwa we wszystkich sektorach. O. Jacek Woroniecki otrzymał od ks. Idziego Radziszewskiego, dotychczasowego rektora zlikwidowanej właśnie Rzymskokatolickiej Akademii Teologicznej w Petersburgu, zaproszenie do współtworzenia uniwersytetu katolickiego w Polsce. Powojenne trudności w funkcjonowaniu poczty uniemożliwiły skontaktowanie się w tej sprawie z generałem zakonu. O. Jacek oparł się na decyzji delegata władzy zakonnej, o. Piotra Żaczka OP i przyjął to wezwanie. Już w marcu 1919 r. zamieszkał w Lublinie i wykładem inauguracyjnym 25 marca 1919 r. rozpoczął dziesięcioletni okres intensywnej działalności związanej z nowo powstałą uczelnią.

O. Woroniecki wykładał na Uniwersytecie Lubelskim teologię moralną i etykę (którą wprowadzono dla studentów wszystkich wydziałów), a w niektórych latach także metodykę religii i pedagogikę. Pełnił funkcje administracyjne – prodziekana, dziekana, wicerektora. W pierwszych latach pracy powierzono mu zadanie kierownika konwiktu dla księży studiujących. Od początku też zaangażował się w duszpasterstwie. Stał się duchowym przywódcą Stowarzyszenia Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie” – pomagał opracowywać programy, podpowiadał metody pracy w kołach, wygłaszał referaty na tematy społeczno-wychowawcze i religijne podczas sesji urządzanych dla szerokich sfer społeczeństwa, proponował lektury, brał udział w wyjazdach formacyjnych, prowadził rekolekcje. Propagował ruch harcerski z mocnym przekonaniem o jego niezwykłej wartości dla kształtowania charakterów. Chętnie spędzał czas z harcerzami, podjął zadania harcmistrza. Zawsze był gotowy do posługi spowiadania, podejmował też regularne kierownictwo duchowe tych, którzy o to prosili. Był spowiednikiem w kilku klasztorach, prowadził dni skupienia dla sióstr zakonnych, stowarzyszeń świeckich, sodalicji itp.

Prowadząc tak intensywne duszpasterstwo nie zaniedbywał pracy naukowej. Opracował w tym czasie i wydał wiele pozycji książkowych (między innymi: Katolickość tomizmu, Metoda i program nauczania teologii moralnej, czy pierwsza część Katolickiej etyki wychowawczej) oraz liczne artykuły. Wśród nich były oryginalne pozycje przeznaczone dla tych, którym poświęcał czas i uwagę – Królewskie kapłaństwo dla rozeznających powołanie, Gawęda o gawędzeniu dla harcerzy, Wychowanie społeczne i praca społeczna dla akademików, dla właścicieli ziemskich referat o ich zadaniach, dla żołnierzy Raport niebieski itd.

W Lublinie przeżył o. Woroniecki najazd bolszewików na Polskę w 1920 r. Nie wahał się postawić na szali swego autorytetu, aby podtrzymać w społeczeństwie wolę walki i wiarę w zwycięstwo. Stanął na czele Wydziału Kwalifikacyjnego Wojewódzkiego Komitetu Obrony Narodowej. Wystosowywał odezwy do narodu z wezwaniem wszystkich obywateli do zaangażowania według posiadanych możliwości, do ofiarowania sił, zdolności, dóbr materialnych. Wyznaczał zadania cywilom. Razem z harcerzami, z łopatą w ręku, brał udział w kopaniu okopów. Zgłosił się do posługi jako kapelan lotny w wojsku.

Po szczęśliwym zakończeniu wojny trzeba było podwoić wysiłki, aby pozbierać i uporządkować mienie uniwersytetu po jego ewakuacji, by móc jak najszybciej rozpocząć naukę w nowym roku akademickim. Kadrę wykładowców umacniała w tym trudzie świadomość, że uczelnia lubelska jest jedynym katolickim ośrodkiem naukowym między prawosławnym wschodem a protestanckim zachodem i że stanowi bastion oporu wobec bolszewizmu zagrażającemu Europie. Z takim nastawieniem pracownicy i studenci znosili uciążliwe braki – nie było gdzie mieszkać (niektórzy profesorowie nocowali w salach wykładowych) brakowało żywności, środków higienicznych. Zniszczone zostały majątki dobrodziejów uniwersytetu, którzy deklarowali opłacanie pensji nauczycielskich. Nie było mowy o ubezpieczeniu chorobowym czy emerytalnym. Uczelnia nie uzyskała jeszcze praw państwowych, ważność dyplomu nie była zagwarantowana. A jednak i w takich warunkach znaleźli się chętni zarówno do przekazywania jak i zdobywania wiedzy. Uczelnia, jak całe społeczeństwo, stopniowo zaczęła się dźwigać dając nadzieję na lepszą przyszłość. Ten postępujący rozwój został zakłócony na początku 1922 r. śmiercią rektora, ks. Idziego Radziszewskiego.

Rektorat w Lublinie

Episkopat Polski, ówczesny właściciel uniwersytetu, na nowego rektora powołał o. Jacka Woronieckiego. W opiniach przed jego wyborem pojawia się tylko jedno zastrzeżenie: nie ma zdrowia. Sam kandydat prosił o zwolnienie z tego stanowiska, uważając się za niezdolnego do pracy administracyjnej oraz z powodu braku zdrowia. Jaki był wtedy jego stan możemy się domyślać z listu, który napisał parę tygodni wcześniej do przełożonej warszawskiego domu franciszkanek od cierpiących. Zapytywał w nim, czy mógłby objąć wakujące miejsce kapelana w klasztorze sióstr, ponieważ do pracy profesorskiej zupełnie już nie ma sił. Tymczasem wezwano go nie tylko do kontynuowania wykładów, ale do podjęcia odpowiedzialności za byt i rozwój uczelni. Przemogła zgoda generała zakonu i błogosławieństwo papieskie. Tak więc o. Jacek sprawował funkcję rektora od czerwca 1922 do stycznia 1924 r. Okazał niespożytą energię i pomysłowość w zdobywaniu środków dla uczelni. Prosił episkopat o hojne dzielenie się „siłami profesorskimi”, o poparcie moralne i materialne: zarządzenie jednorazowej składki w kościołach, przeznaczenie jednej tacy rocznie, wyznaczenie w parafiach „dnia uniwersytetu”. Zwracał się z indywidualnymi prośbami o wsparcie do „swego” środowiska ziemiańskiego (podczas wakacji 1923 r. napisał odręcznie ok. 800 listów w tej sprawie). Dla rozbudowania gmachów proponował, aby chętne rodziny, instytucje, grupy ufundowały salę wykładową, z nadaniem jej imienia wybranego przez sponsorujących. Wprowadził napisy fundacyjne w murach uczelni. Założył Towarzystwo Uniwersytetu (później Towarzystwo Przyjaciół KUL), aby sprawą utrzymania katolickiej uczelni zainteresować całe społeczeństwo.

Tego czasu dotyczy mały szczegół, zapisany przez Kalinę Ciechanowską (późniejszą dominikankę misjonarkę s. Magdalenę), która wraz z rodzicami przybyła do Lublina po odzyskaniu niepodległości. Jako nastolatka lubiła słuchać kazań Ojca Jacka. Budziło się w niej pragnienie głębszej więzi z Bogiem. Szukała kierownika duchowego. Gdy usłyszała, że o. Woroniecki jest kandydatem na rektora uniwersytetu, odczytała to jako znak dla siebie. Podeszła do niego kiedyś na dziedzińcu uczelni i – zupełnie mu nieznana – poprosiła o kierownictwo. Jakże się zdziwiła, gdy usłyszała: „Przyjdź dziecko… tego dnia o tej godzinie do konfesjonału”. Potem Ojciec polecał jej przychodzić co dwa tygodnie.

Prowadząc ożywioną działalność na rzecz utrzymania uczelni w dramatycznej sytuacji finansowej, oprócz zwykłych obowiązków dydaktycznych i podejmowanych posług duchowych, o. Rektor ciągle niedomagał na zdrowiu. Oprócz ataków wagotonii dokuczał mu wtedy czyrak gromadny, którego trzeba było usuwać operacyjnie, a potem kilka tygodni dbać o zmiany opatrunków; w końcu ujawnił się ostry stan wyrostka robaczkowego, konieczna stała się niebezpieczna operacja w stanie wyczerpania i kolejny długi pobyt w szpitalu. Na uniwersytecie mocno dał się odczuć brak osoby decyzyjnej, a zarządzanie w takim stanie stało się dla o. Jacka niemożliwe. Wówczas złożył dymisję i została ona przyjęta.

Rodzi się pytanie, jakim sposobem udało się tyle dokonać od przybycia do Lublina temu chorowitemu zakonnikowi. Tajemnicę tę uchylają nieco kartki jego notatnika intencji mszalnych: nowe działania następują zwykle po odprawieniu Mszy św. w intencji uniwersytetu (taka intencja pojawia się regularnie w każdy pierwszy piątek miesiąca), albo w konkretnych intencjach związanych z podejmowanym dziełem. Do dziś też na dziedzińcu rektorskim stoi figura Matki Bożej z Dzieciątkiem, ufundowana przez o. Jacka na podziękowanie za lata rektorstwa i ocalenie uczelni. Jest świadectwem jego zaufania w pomoc Matki Zbawiciela.

Cierpienia i trudy kapłańskiej posługi

O. Woroniecki pozostał na Uniwersytecie Lubelskim do 1929 r., kontynuując prace naukowe, dydaktyczne, administracyjne i duszpasterskie. Zajmował się wtedy także sprawami swojego zakonu – odzyskaniem dawnych klasztorów, odebranych przez zaborców po powstaniu styczniowym – aby odnowić wypełnianie charyzmatu dominikańskiego. Wiemy, że regularnie dojeżdżał do Lwowa, gdzie był spowiednikiem karmelitanek klauzurowych. Z późniejszych świadectw dowiadujemy się, że osoby poszukujące swej drogi życiowej zapraszał na kilka dni do Lublina, aby pod jego przewodnictwem przeżyły indywidualne rekolekcje. Tak skorzystała Janina Wielowieyska – późniejsza współzałożycielka dominikanek misjonarek, Jan Franciszek Czartoryski, czyli bł. o. Michał, dominikanin i męczennik, a także niektórzy studenci z „Odrodzenia”. O. Jacek starał się wskazywać świeckim drogi rozwijania życia duchowego i apostołowania. Opiekował się tercjarzami dominikańskimi, których sporo mieszkało w Warszawie i okolicach. Gdy ich odwiedzał, zatrzymywał się w gościnnym domu Ireny i Józefa Tyszkiewiczów. Wspierał Irenę (późniejszą franciszkankę służebnicę krzyża, s. Franciszkę) w zamiarze założenia Biblioteki Wiedzy Religijnej. Na poświęceniu tej biblioteki w 1925 r. wygłosił referat o dziecięctwie duchowym, podając jako wzór takiej ewangelicznej postawy św. Teresę od Dzieciątka Jezus.

Innym nurtem drążącym w tych latach w umysł i serce o. Woronieckiego była troska o nawrócenie Rosji (w dzieciństwie doświadczał ze strony tego mocarstwa prześladowania religijnego i narodowego, a obecnie obserwował spustoszenia rewolucji). Starał się zainteresować opinię światową sytuacją tego kraju, a zwłaszcza wyniszczaniem w nim chrześcijaństwa. Modlił się za Rosję, pisał i wydawał w języku francuskim rozprawy o jej historii, prześladowaniach wiary i szansach wyjścia z izolacji. Postarał się o delegację na Międzynarodowy Kongres Eucharystyczny do Chicago w 1926, aby tam wygłosić referat o sytuacji Kościoła w Rosji. Zaangażował się w organizowanie pomocy zgromadzeniu Matki Abrikosow – dominikanek wschodniego obrządku, rozproszonych na zsyłkach i w łagrach. Przemyśliwał założenie wspólnoty zakonnej, poświęconej trosce o nawrócenie Rosji.

Jeszcze jeden rodzaj „aktywności” w okresie lubelskim należałoby tu omówić, zupełnie nietypowy – znoszenie cierpień. Te, natury fizycznej zostały częściowo wspomniane, a dołączyły się do nich kilkakrotne grypy, zapalenie płuc, atak kamicy nerkowej – w epoce jeszcze bez antybiotyków. Oprócz chorób nieustannie towarzyszyły o. Jackowi cierpienia duchowo-psychiczne: brak klasztoru i regularnego życia wspólnotowego (dwaj pozostali współbracia wykładowcy mieszkali oddzielnie), ciągłe zagrożenie istnienia uczelni, utrudnianie przez władze państwowe nadania jej pełnych praw uniwersyteckich. Z czasem, w warunkach większej stabilizacji, rozwinęła się wśród kadry profesorskiej i kandydujących do jej grona niejawna walka o katedry, próby zawłaszczenia instytucji pod pretekstem zapewnienia jej utrzymania przez zmianę sposobu finansowania, zamiary wprowadzenia metody dydaktycznej innej niż tomistyczna, zapoczątkowana przez założycieli, kierujących się wskazaniami Stolicy Apostolskiej. Te tarcia doprowadziły w 1927 r. do zredagowania przez dziekanów UL (wśród nich przez o. Woronieckiego) memoriału przeciw groźbie likwidacji uczelni i obniżaniu jej poziomu naukowego. Trudności jednak trwały, a nawet nasilały się, tak, że w maju 1929 r. została podjęta decyzja o reorganizacji Wydziału Teologicznego, mocą której profesorowie tegoż wydziału zostali zwolnieni z pracy. Chociaż o. Woroniecki otrzymał od Kanclerza Uniwersytetu, biskupa lubelskiego Mariana Fulmana, zapewnienie ponownego zatrudnienia – w tej sytuacji odniósł się do generała swojego zakonu, a ten przeniósł go do Rzymu i powierzył stanowisko wykładowcy i sekretarza Uniwersytetu św. Tomasza, tzw. Angelicum.

We wspomnieniach osób, które utrzymywały kontakt z o. Jackiem w tamtym czasie nie znajdujemy śladów spostrzeżeń jakiegoś przygnębienia u niego bądź niezadowolenia. Czasami pojawiała się prośba o modlitwę. Wynika z tego, że zmagania Ojca nie były znane osobom postronnym. Przeciwnie, studenci wspominają jego zaangażowanie w ich sprawy, jak znajdował czas nawet na prowadzenie dla niektórych z nich indywidualnych rekolekcji z rozeznawaniem powołania. W zapiskach znajomych sióstr zakonnych można wyczytać notatki, że na pytanie skierowane do o. Jacka, jak się czuje, padała odpowiedź: „Lepiej, niż mi się należy”.

Rzymskie wykłady i przyjaźnie

W Rzymie o. Jacek przebywał w latach 1929-1933. Jako sekretarzowi uniwersytetu teologicznego przypadło mu wtedy opracowanie na nowo Ratio studiorum całego cyklu nauczania, gdyż Kongregacja Stolicy Apostolskiej właśnie wydała nowe obowiązujące wytyczne. O. Woroniecki wykładał na Angelicum teologię moralną i socjologię. W klasztorze i na uczelni miał okazję przebywać z przyjacielem o. Reginaldem Garrigou-Lagrange OP. Pogłębiała się ich więź duchowa. O. Reginald zdecydował się dołączyć do o. Jacka i grupy osób odmawiających codziennie sekwencję Stabat Mater w intencji uproszenia sobie na Jej wzór udziału w dziele Odkupienia i hartu ducha, jaki Ona okazała pod krzyżem. Wkrótce pojawiły się nowe wezwania do posługi dla o. Woronieckiego: okazało się, że nawet w Rzymie, gdzie duchowieństwa przecież nie brakuje, osoby konsekrowane poszukują konferencjonisty i spowiednika. Ojciec Jacek początkowo posługiwał u zmartwychwstanek w języku polskim, a wkrótce wyszlifował włoski i odwiedzał także klasztory innych zgromadzeń.

Oddalenie fizyczne od osób, wobec których Ojciec Jacek pełnił w kraju posługę duchowego kierownictwa, dziwnie zaowocowało. Właśnie w tym okresie doszło do powstania i ukonstytuowania się żeńskiej dominikańskiej wspólnoty zakonnej o charakterze misyjnym, ze szczególnym nastawieniem na pracę apostolską dla nawrócenia Rosji. Myśl o takiej gałęzi zakonu dojrzewała w Ojcu od długiego czasu. Zaangażowany na różne sposoby w uwrażliwianie opinii światowej na sytuację Rosji i niesienie pomocy prześladowanym tam wierzącym, sam nastawiał się na wyczekiwanie znaków od Boga. Właśnie gdy go nie było w Polsce – zainspirowane przez niego i przejęte tą samą ideą kobiety rozeznały, że nadszedł wyznaczony czas. Uzyskały pozwolenie biskupa warszawskiego kardynała Aleksandra Kakowskiego na rozpoczęcie życia wspólnego i zatwierdzenie przez niego nowej wspólnoty zakonnej. W ten sposób w dniu Matki Bożej Bolesnej 15 września 1932 r. Zgromadzenie Sióstr Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi zaczęło istnieć.

Praca administracyjna i duszpasterska w Prowincji Polskiej

Oprócz funkcji wykładowcy i sekretarza Angelicum i zaangażowania duszpasterskiego został o. Jacek „wykorzystany” przez generała zakonu o. Marcina Stanisława Gilleta OP jako socjusz w jego podróżach wizytacyjnych prowincji polskiej. Tak więc co roku o. Woroniecki przyjeżdżał do Polski, a w czasie tych podróży rodziła się jego nowa misja. Polska Prowincja Dominikanów, administracyjnie ustanowiona na nowo w 1927 r., pomimo starań w pierwszych latach niepodległości, nie odzyskała jeszcze żadnego z dawnych klasztorów, skasowanych w czasach zaborów. Dominikanie przetrwali jedynie na terenie zaboru austriackiego. Posiadali klasztory w dużych miastach – Krakowie i Lwowie oraz w mniejszych – Tarnopolu, Czortkowie, Żółkwi, Tyśmienicy, ale pozostałe były rozsiane w majątkach i wsiach wschodniej Małopolski, co sprawiało, że oddalały się one zarazem coraz bardziej od charyzmatu św. Dominika. Żaden ze znanych nam dzisiaj ośrodków dominikańskich – Poznań, Warszawa, Lublin, Łódź, Katowice itd. wówczas nie istniał, a przecież Polska od kilkunastu już lat stanowiła stabilne i rozwijające się państwo, a prowincja zakonna cieszyła się coraz liczniejszymi powołaniami. Podczas wizytacji w 1931, 1932 i 1933 r. generał utwierdzał się w zdecydowanym zamiarze reformy Polskiej Prowincji i bezwzględnej konieczności powrotu braci kaznodziejów do wielkich miast. Najwyższy przełożony nabrał też przekonania, że działania te muszą zostać nakazane i stymulowane z zewnątrz, z centrali Zakonu. Jako pośrednika tego dzieła wyznaczył o. Jacka Woronieckiego, mianując go syndykiem prowincji, czyli odpowiedzialnym za sprawy ekonomiczne i finansowe. W ten sposób Ojciec wrócił do Polski w 1933 r. z nowym zadaniem – kolejnym – jak się wydawało, które przekracza jego słabnące siły.

Już przy pierwszych próbach wprowadzania otrzymanych wskazań okazało się, że odzyskanie dawnego dominikańskiego kościoła św. Jacka w Warszawie i przynależącego do niego klasztoru nie może być zrealizowane: biskup miejsca, kardynał Aleksander Kakowski nie wyraził na to zgody. Zgodził się natomiast, by dominikanie wybudowali sobie kolegium i kościół pod Warszawą. Wybrano wieś Służew. Miał tam powstać dominikański ośrodek formacyjny dla krajów słowiańskich. O. Woroniecki zajmował się odtąd kupnem terenu, planami, umowami z wykonawcami, nadzorowaniem budowy itd. Każdy krok w inwestycji wymagał sporych sum pieniędzy. O. Jacek negocjował zatem sprzedaż nieruchomości posiadanych przez dominikanów w dawnej Galicji. Do niektórych tamtejszych klasztorów należały majątki z tysiącami hektarów lasów, łąk czy pól. W czasie zaborów posiadanie tych terytoriów miało ogromne znaczenie – własność kościelna chroniła przed zagarnięciem ziemi przez zaborców. Po odzyskaniu niepodległości tereny te stawały się ciężarem, który absorbował siły zakonników, aby odpowiednio nimi gospodarować. Decyzja pozbycia się tych majątków, aby zyskać środki na budowę wielkiego ośrodka duszpasterskiego spowodowała działaniu zgodnym z założeniami odnowy polskiej prowincji Zakonu i z bieżącymi poleceniami kompetentnej władzy. Korespondencja Ojca z generałem i jego współpracownikami w Rzymie w tym czasie była wymieniana bardzo często, nawet co kilka dni. Nie tu miejsce, by wyliczać wszystkie działania, które doprowadziły do szczęśliwego ukończenia budowy i przeprowadzenia na Służew braci studentów ze Lwowa. Jesienią 1937 r. tutaj rozpoczęto kolejny rok formacji, a o. Woroniecki był odpowiedzialny za studium zakonne.podział w prowincji: wielu braci całym sercem pragnęło odnowy, ale powstała też grupa opozycji, siejąca bunt i niezadowolenie. Podobnie stało się w kołach ziemiańskich. Pojawiły się pomówienia, że Woroniecki likwiduje klasztory dominikanów, że sprzedaje polskie ziemie Ukraińcom i Żydom. Może ważne nawet dziś sprostowanie, że nie został zniesiony żaden dom zakonny, ani jedno miejsce posługi religijnej zakonników. Owszem, sprzedano część nieruchomości należących do prowincji zakonnej (jak się później okazało – te, które w zawierusze II wojny światowej znalazły się poza granicami kraju). Co do zarzutu ze strony świeckich – Ojciec postanowił sam zabrać głos w obawie zniesławienia rodziny zakonnej, wykazując procentowe udziały nabywców zgodne z obowiązującym prawem. Nastroje spowodowane publicznymi i kuluarowymi pomówieniami stały się dla o. Jacka kolejną próbą, z którą trzeba było się mierzyć, nie ustając w Budowa klasztoru i kolegium w Warszawie nie była jedyną sprawą absorbującą w tym czasie syndyka prowincji. Wypełniał zwykłe obowiązki związane z tym urzędem: wizytował klasztory, nadzorował zarządzanie dobrami materialnymi, prowadził księgi rachunkowe, czuwał nad obligacjami pożyczek państwowych itp. Zajmował się także powrotem dominikanów do Poznania (co udało się sfinalizować w 1938 r.) oraz odzyskaniem kościoła i klasztoru w Lublinie (bracia zamieszkali tam na nowo w styczniu 1939 r.). Prowadząc tak intensywną działalność administracyjną nie zaniedbywał tego, co w jego przekonaniu było najważniejsze – własnej modlitwy, posługi duszpasterskiej, czy też pracy naukowej. W ciągu całego życia charakterystyczną cechą jego pobożności, zdradzającą pragnienie uzgodnienia wszystkich spraw z wolą Bożą, było odprawianie nowenn. Gdy zastanawiał się nad rozeznaniem, co lub jak należy czynić, w kilkudniowej modlitwie prosił o światło. Z jego listów dowiadujemy się, że czynił tak przed podjęciem jakichś ważnych decyzji, albo taką modlitwę ofiarowywał za innych, powierzających mu swe trudności. Z uwagą interesował się sprawami bliskich i tych, o których potrzebach wiedział, ale też przeżywał wydarzenia światowe. Gdy w Hiszpanii wybuchła rewolucja i wojna domowa w 1936 r., odprawiał Mszę św. za ten kraj, a zarazem pytał przełożonych w Rzymie, jak można pomóc prześladowanym tam współbraciom. Był wiernym przewodnikiem dla osób, których kierownictwa duchowego się podjął. Realizował je bezpośrednio, gdy to było możliwe, albo za pośrednictwem korespondencji. Gdyby nie odręczne charakterystyczne pismo o. Jacka, trudno byłoby uwierzyć, że taki ogrom listów (w archiwach znajdują się te, które zostały przechowane przez adresatów, przeważnie kapłanów i siostry zakonne; zapewne było ich więcej) o treści bardzo konkretnej, popartej wyjaśnieniami i argumentami obiektywnymi – mógł napisać jeden człowiek, tak bardzo zapracowany i schorowany.

Mieszkając w Warszawie Ojciec częściej odwiedzał Zielonkę, czyli dom swoich duchowych córek, dominikanek misjonarek. Głosił siostrom konferencje, spowiadał, ale też razem spędzał rekreacje, jak zwykle ciekawie i z humorem prowadząc rozmowę. W ich domu spotykał się też z tercjarzami dominikańskimi, nad którymi roztoczył opiekę duchową. Nawet później, w ciężkich warunkach wojennych prowadził tam dla nich rekolekcje, umacniał, formował. Ze znanych postaci znajdowali się w tym gronie Zofia Trzcińska Kamińska i jej mąż Zygmunt, Zofia Kossak ze swą matką, Janina Kotarbińska oraz Róża Weyssenhoff.

Od czasu powrotu z Rzymu do wybuchu II wojny światowej o. Woroniecki publikował. Tematyka wydanych wtedy dzieł zdradza, na czym Autorowi zależało najbardziej, tak, że pośród zabiegania, pomimo rozpraszającej pracy administracyjnej postarał się, by te książki trafiły do rąk czytelników. Największym z opracowań tego czasu jest chyba zbiór U podstaw kultury katolickiej. Zawiera on artykuły przedstawiające chrześcijański sposób myślenia, mentalność człowieka skierowanego ku prawdzie – „sensus catholicus”, z jednoczesnym pokazaniem błędów ówczesnej religijności. Są w nim też ulubione przez Ojca zagadnienia społeczne: od treści uświadamiających istotę małżeństwa jako podstawowej instytucji gwarantującej zarówno rozwój jednostek je tworzących, jak i prawidłowe funkcjonowanie społeczeństwa, przez ukazywanie wartości wychowawczych liturgii i propagowanie aktywnego udziału wiernych w niej, po sposób prowadzenia jakiejkolwiek działalności społecznej. Na początku 1939 r. opublikował Ojciec dziełko Kościół w oczach wiary, przybliżające wyznawaną w Credo prawdę: „wierzę w jeden święty, powszechny i apostolski Kościół”. Wyjaśniał, na czym polegają te cechy i w jaki sposób przejawia się ich moc, nawet gdy pozornie nie daje się ich zauważyć w jakiejś epoce. Inne pozycje wydrukowane w omawianym okresie należą do dziedziny etyki i pedagogiki, a stanowią zaaplikowanie nauczania św. Tomasza z Akwinu w aspekcie doskonalenia czynu ludzkiego i kształtowania charakteru. Wreszcie charakterystyczne dla Ojca Jacka było ukazywanie wzorców, stąd też kilkanaście pozycji poświęconych świętym.

Uciążliwości czasów wojny

Latem 1939 r. otrzymał o. Woroniecki od generała zakonu polecenie zwizytowania mniszek dominikańskich w Krakowie, w klasztorze „Na Gródku”. Po zakończeniu głoszenia rekolekcji w Zielonce i przewodniczeniu ceremonii ślubów wieczystych sióstr dominikanek misjonarek w uroczystość św. Dominika (4 sierpnia), udał się zatem do Krakowa, zamieszkał w klasztorze braci i rozpoczął wizytację mniszek. Wybuch II wojny światowej uniemożliwił powrót do Warszawy. Ostanie dziesięciolecie życia spędził o. Jacek w Krakowie. Był już mocno schorowany, czuł się stary. Ale nie pozwolił sobie na bezczynność. W okresach, gdy nasilały się działania wojenne, bracia ustawili mu w schronie stół, przy którym pracował piórem. Opracowywał materiały zbierane tematycznie przez wiele lat i finalizował wielkie dzieła swego życia: żywot św. Jacka i studium o początkach dominikanów w Polsce, opracowanie o bł. Czesławie, rozprawę teologiczną o miłosierdziu Bożym, zainspirowaną wiadomościami o objawieniach s. Faustyny Kowalskiej, rozważania o udziale Maryi w dziele zbawczym Chrystusa, kilkanaście mniejszych monografii, wreszcie – Katolicką etykę wychowawczą. Gdy warunki pozwalały – udawał się Ojciec „na miasto”, dość często głosił konferencje urszulankom Unii Rzymskiej, sprawował sakramenty, prowadził wraz z nimi studium hagiograficzne. Kilkakrotnie odwiedzał niepokalanki w Nowym Sączu, a nawet dominikanki misjonarki w Zielonce. Pomimo zamętu wojny, a może właśnie z jej powodu – głosił rekolekcje swoim współbraciom, benedyktynom w Tyńcu, żeńskim wspólnotom zakonnym. Krzepił, dodawał nadziei, uczył rozumieć i przyjmować drogi Bożej Opatrzności. Kontynuował posługę kierownika duchowego.

Jednak nie ograniczył Ojciec swej aktywności do pracy pisarskiej i duszpasterskiej. Miał oczy otwarte i serce współczujące. Stąd znajdujemy ślady jego działalności w bardzo odległych miejscach. Gdy dowiedział się, że niepokalanki w Nowym Sączu głodują – postarał się, by z pomocy ofiarowanej Polsce przez Piusa XII otrzymały fundusze na zakup krowy i paszy. Martwił się, czy w mroźną zimę wystarcza siostrom w Zielonce na opał. Pośredniczył w zdobywaniu leków dla znajomych chorych osób. Przyjął do przechowania tajne dokumenty ugrupowania walczących w konspiracji. W jego celi w klasztorze przy ul. Stolarskiej odwiedzał go kardynał Adam Sapieha. Rozmawiali o aktualnych problemach i rozważali sposoby przychodzenia z pomocą umęczonej ludności. Niektórzy twierdzili, że tym spotkaniom – i znajomościom obu duchownych z oficerami niemieckimi pochodzącymi z ziemiaństwa – zawdzięcza Kraków, że nie był zbombardowany podczas wycofywania się wojsk hitlerowskich w 1945 r.

Miał Ojciec Jacek także osobiste ciężkie przeżycia. Wiele z nich związanych było z brakiem zdrowia. Choroby nasilały się, uniemożliwiały opuszczanie celi zakonnej, zwłaszcza w zimie. Gdy przez dłuższy czas Ojciec nie był w stanie odprawiać Mszy św., pielgrzymował w towarzystwie braci dominikanów do Łagiewnik i u grobu S. Faustyny Kowalskiej prosił o łaskę sprawowania Eucharystii. Rzeczywiście nastąpiła poprawa. Wdzięczny kapłan znowu powędrował do grobu S. Faustyny, by podziękować za uproszenie tej łaski. Inne zmartwienia Ojca płynęły z troski o rodzeństwo, zwłaszcza o najmłodszą z sióstr – Teresę, która po dramatycznych wydarzeniach nie potrafiła odzyskać równowagi życiowej. Poza tym siły jego wyczerpywało zajmowanie się licznymi sprawami, z którymi ludzie zwracali się do niego, jako do osoby wpływowej o szerokich kontaktach, mogącej przyjść z pomocą.

Ostatnie lata życia – choroba i odejście do Pana

Po zakończeniu wojny o. Woroniecki sporządzał bilans działań i wydarzeń. Z pewną dumą pisał do generała w Rzymie, że przez wszystkie lata wojny studium zakonne w Krakowie prowadziło zajęcia dla braci studentów. Ale pisał to w roku 1946 i użył sformułowania: „przez siedem lat tej okrutnej wojny”. Jak widać, nie uważał nowych warunków politycznych za odzyskany pokój. Oceniał dobro, które udało się ocalić lub uczynić, ale widział też poniesione straty: utracone klasztory za nową granicą wschodnią, inne – z takim trudem tworzone, zagrożone w istnieniu jako własność kościelna (np. w Poznaniu), albo częściowo przejęte przez władze państwowe (klasztor na warszawskim Służewie zasiedlony lokatorami). Ofiarę życia poniosło stosunkowo niewielu dominikanów. Wśród nich był o. Michał Czartoryski (dziś już błogosławiony), który pozostał z rannymi w powstańczym szpitaliku i razem z nimi został rozstrzelany, czy ojcowie z klasztoru w Czortkowie zamordowani na początku wojny.

To podsumowywanie przeszłości Ojciec Jacek dokonywał też refleksją nad własnym życiem. Był przekonany, że ono dobiega już końca, o czym przekonywały go nieudane operacje nerek, męczące długotrwałe gorączki, objawy gruźlicy, coraz częstsze i mocniejsze ataki dusznicy sercowej. Przeprowadzał rachunek sumienia z przeżywania niezwykłego daru, jakiego był uczestnikiem – w maju 1948 r. zapisał parafrazując znane zdanie św. Augustyna: „Późno cię ukochałem, kapłaństwo Chrystusowe…”. W słabości ciała miał jednak niezwykły hart ducha. Kilka tygodni przed śmiercią zawiadamiał w liście m. Marię Wielowieyską OP, że gdy dowiedział się, iż podawane lekarstwa nie leczą, ale jedynie zmniejszają ból, postanowił z nich zrezygnować, a każdą bezsenną noc ofiarować za kolejną siostrę założonego przez siebie zgromadzenia. Zapytywał, czy dobrze liczy; wymieniał imiona sióstr z notatką, że zostały mu jeszcze cztery postulantki do omodlenia w ten sposób. Pomimo fizycznych trudności do końca interesował się tym, co się dzieje w zakonie, w kraju, na świecie. Wszystkie sprawy starał się powierzać Bogu. Gdy ktoś go odwiedzał, po krótkiej rozmowie prosił o wspólne odmawianie różańca. Prosił, by w dniu Wielkanocy jeden z ojców odprawił w jego celi Mszę św., którą on zwykle odprawiał tego dnia, a teraz nie był już w stanie – o nawrócenie Rosji.

W ostatnich dniach życia prosił o. Jacek, by przyszli do niego konkretni ojcowie, których przepraszał i prosił o przebaczenie. Niektórzy później świadczyli, że dobrze wiedzieli, że to oni winni są przeproszenie o. Jackowi, bo poróżnienia nastąpiły z powodu ich niewłaściwego postępowania; byli wdzięczni, że mogli się pojednać, a tym jaśniej doświadczyli wielkości ducha umierającego współbrata.

O. Jacek Woroniecki zmarł w klasztorze krakowskim 18 maja 1949 r., w obecności modlących się dominikanów, gdy z kościoła dobiegał śpiew litanii do Najświętszej Maryi Panny. Jego pogrzeb w Krakowie 20 maja 1949 r. zgromadził tłumy ludzi. Również w Rzymie zorganizowano uroczystości pogrzebowe. Podkreślano wówczas, że ten zakonnik zostawił do naśladowania przykład wielu cnót: prostoty, skromności, pokory intelektualnej, cierpliwości w chorobie, ufnego zdania się na Opatrzność, roztropności, wiary żywej i przenikliwej, pobożności, miłości Boga i bliźniego, troski o to, by każdy człowiek osiągnął najwyższą miarę własnej dojrzałości.

Po śmierci o. Woronieckiego wiele osób wyrażało zdanie, że uważa go za świętego. Jego doczesne szczątki zostały przeniesione z Cmentarza Rakowickiego w Krakowie do kościoła św. Jacka w Warszawie w styczniu 1956 r. Jesienią 1960 r. staraniem jego uczniów umieszczono je w nowym sarkofagu, przygotowanym w podziemnej krypcie lewej nawy kościoła. Cały czas trwały prace przygotowawcze do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego, które doprowadziły do jego rozpoczęcia w 2004 r. Jak w każdym procesie – przesłuchano świadków życia Sługi Bożego, uporządkowano i przebadano obfitą spuściznę pisarską, jaką po sobie zostawił, przeprowadzono kwerendy w kilkudziesięciu archiwach, wreszcie opracowano szczegółową relację o jego życiu i heroicznym pełnieniu cnót chrześcijańskich. Prace te doprowadziły do zakończenia procesu beatyfikacyjnego na szczeblu diecezjalnym, co nastąpiło 27 lutego 2023 r. w Krakowie. Obecnie trwa faza rzymska procesu.

Kolejne rocznice śmierci Sługi Bożego, a także inne wydarzenia z nim związane, stanowią okazję przypominania jego życiowego przesłania. Jego nauczanie pozostaje żywe. Coraz częściej wznawiane są dzieła jego autorstwa, co pokazuje ich nieprzemijającą wartość. W wielu pracach naukowych wykorzystywane są jako źródła. Uniwersalna myśl filozoficzna, teologiczna, etyczna, pedagogiczna, społeczna – zreferowana przez o. Jacka Woronieckiego – stawia w świetle i porządkuje wiedzę, rozumienie prawdy o świecie i jego celu oraz o własnych zadaniach w życiu. W zamęcie różnorodnych narracji, idei, teorii czy wręcz ideologii ten uczony pozostaje niezawodnym, mądrym przewodnikiem w rozpoznawaniu prawdy oraz zdobywaniu i doskonaleniu sprawności kształtowania siebie i świata, zgodnie ze złożonymi w nich wspaniałymi możliwościami, czyli według pełnych miłości zamiarów Stwórcy. Jako kandydat na ołtarze Kościoła katolickiego pozostaje jednocześnie orantem, wstawiającym się – jak ufamy – za tymi, którzy Bogu przedstawiają prośby w swoich rozlicznych potrzebach.


[1] Biografia Sługi Bożego o. Jacka Woronieckiego tu przedstawiona powstała nie tylko po przeczytaniu dostępnych publikacji na jego temat i po wysłuchaniu wspomnień wielu znających go osób, ale też po przeprowadzeniu gruntownych kwerend w kilkudziesięciu archiwach. Wiadomości przekazane w tej biografii znajdują potwierdzenie w dokumentach. Ze względu na charakter niniejszej publikacji (esej biograficzny) nie umieszczono w niej odwołań do źródeł z podaniem archiwalnych sygnatur. Wykazanie ich w przypadku wnikliwszych badań i sięgnięcie do nich pozostaje zawsze możliwe.